Weekend z widokiem na góry i kilka “nowości”

15 09 2009
image027
Po kolejnym tygodniu pracy udaliśmy się w zimniejsze rejony Indii [Karol I, Karol II (Carlos – Kolumbia), Laura I(Brazylia), Laura II (Kostaryka) ] {tak, uważam, że zagnieżdżanie nawiasów jest ok. [ o ile nie są to nawiasy tego samego rodzaju ;) (!)] }.. najpierw do Chandigarh, a następnie do Shimli leżącej u podnóży Himalajów.

Najważniejszą nauczką, którą wyniosłem z tej podróży jest to, aby nie kupować więcej biletów w przedziałach klimatyzowanych pociągu. Raz, że są trzy razy droższe, a dwa – i to niestety nie jest jedynie kwestia pieniędzy – prawie zamarzliśmy :P . Hindusi są naprawdę odporni na wahania temperatury, z jednej strony nawet w największe upały (a w czerwcu w niektórych miejscach temperatura dochodzi do 50*) ubrani są w długie spodnie, a z drugiej, podczas korzystania z klimatyzacji ustawiają ją na najniższe możliwe temperatury i śpią… w krótkim rękawku.

Samo miasto – Chandigarh – stworzone zostało od podstaw w latach 1952-1960, dlatego bardzo ciekawym pomysłem jest spojrzenie na nie „z góry”, a więc oczami Google Maps, widzimy idealnie regularną strukturę ulic dzielących miasto na prostokątne sektory o wymiarach 1200m x 800m.
Miasto znacznie różni się od pozostałych w Indiach: jest bardzo uporządkowane, czyste kierowcy potrafią docenić chwilę ciszy i nie jeżdżą z nieustannie włączonym klaksonem ;) Jednocześnie jednak pozbawione jest tej specyficznej, indyjskiej, atmosfery, tradycyjnych bazarów, gwaru na ulicach, zapierających dech w piersiach zabytków.

Najpierw udaliśmy się zobaczyć muzeum rządowe (znacznie bardziej przypadło mi do gustu muzeum miejskie, w którym zamiast tysięcy rzeźb i obrazów znajdują się plany zbudowania nowego miasta, analizy, szkice poszczególnych sektorów, a nawet list ze szczegółami honorarium Le Corbusier’a – głównego architekta miasta), następnie Open Hand monument prezentujący symbol Punjab’u – jednego z indyjskich stanów, a wieczorem – Rock Garden, w którym większość elementów zrobiona została z różnego rodzaju odpadów jak np. zużyte gniazdka energetyczne.

Reasumując Chandigarh jest miastem unikalnym jak na warunki indyjskie i warto je odwiedzić, zakładając jednak, że następnym przystankiem będzie…
…oddalona o 90km (i 4 godziny jazdy autobusem-rollercoasterem) Shimla – określana jako miasto brytyjskie, w której od 1864r. znajdowała się letnia stolica kraju.

Wpływy wyspiarskie rzeczywiście dostrzegane są na każdym kroku – począwszy od architektury, na zachowaniu ludzi kończąc ( tutaj zamiast sączyć czaj, pyka się fajkę ;) ). Rzeczą, dla której naprawdę warto odwiedzić to miasto jest niewątpliwie znakomity widok na Himalaje, jednak aby go doświadczyć, należy przybyć tu wcześnie rano.. z biegiem czasu na horyzoncie zaczynają gromadzić się chmury i możliwości obserwacji znacznie maleją.

Ostatnio…

Jeśli chodzi o ostatnie wydarzenia, o których jeszcze nie napisałem, to przeprowadziłem się i od 2 tygodni mieszkam z pewną indyjską rodziną i kilkoma osobami z różnych krajów. In plus: w holu jest dużo miejsca do integracji, przydatne zwłaszcza na początku ;) , mam internet w pokoju :D , nie muszę gotować :P In minus: do jakieś 15min i 40 rupii dalej.

Oprócz tego moja praktyka kończy się już w piątek, więc ostatnio zajmuję się tzw. dopinaniem projektu na ostatni guzik… AutoScan – aplikacja, o której pisałem w ostatnim poście (skanująca malware i generująca raporty) zbliża się do poziomu 10 000 linii kodu, a więc powoli zadomawia się w gronie średnich projektów ;) Dodany został m.in. moduł download’ujący oraz weryfikujący, które pliki wykonywalne są przesiąknięte złem do szpiku kości, a które jedynie zostały „wzbogacone” o szkodliwy kod.

Na koniec najświeższa informacja: dzisiaj do Jaipuru przybył Piotr znany w niektórych kręgach jako „papio” : ) Na szczęście jego podróż z Delhi do Jaipuru przebiegła bez większych problemów (czego nie można powiedzieć o mojej :P ). W czasie lunchu poleciłem mu jedną z przystawek podawanych przed głównym daniem, a on… spróbował ją! Zapobiegawczo miał w plecaku wodę i zasadniczo żyje. Następnie wybraliśmy się do Amber Fort’u i na przejażdżkę słoniami, gdzie przez połowę drogi uparty Hindus próbował sprzedać mi kapelusz… najpierw za 600 rupii, 450, 300, 200, a gdy powiedziałem 100, mając nadzieję, że to go zniechęci – zgodził się. Polską czapkę zgubiłem dawno temu, więc mam nadzieję, że mimo swojej jakże niewygórowanej ceny – „white hat” będzie służył mi równie dobrze.
W pink city pobędziemy wspólnie do piątku, a następnie wyruszamy na podbój południowych Indii ;)



Indie w krzywym zwierciadle

14 09 2009

Chyba wspominałem już, że w Indiach panuje permanentny brak zasad, prawda? Aby choć trochę pomóc przeciętnemu Europejczykowi odnaleźć się w tym fascynującym (i pełnym trudnych do zrozumienia zachowań) kraju, spisałem 10 „przykazań”, które warto mieć na uwadze będąc tutaj ;)

Spisane zostały na bazie własnych doświadczeń, więc zaznaczam, że jest to mój osobisty punkt widzenia i pod żadnym względem nie próbowałem być obiektywny. Ponadto warto, a nawet trzeba, podchodzić do nich z przymrużeniem oka – ale nie za bardzo – tak mniej więcej do połowy ;)

Pierwsze (i najważniejsze!): W Indiach czas płynie wolniej.

2. Podawany jest w minutach jedynie dla uproszczenia, zawsze chodzi o minuty indyjskie (3-5 razy dłuższe).

3. Jeśli coś będzie najszybciej jak to możliwe, nie będzie tego.

4. Kiedy mówisz coś do Hindusa, ten zaczyna charakterystycznie potrząsać głową (jakby chciał pozbyć się wody z uszu). To coś w rodzaju „rozkminiam Cię”, czasami –
„nie ogarniam co do mnie mówisz”.

5. Hindusi nigdy nie mówią nie.*

6. Zazwyczaj tak oznacza nie.

7. Jeśli ustaliłeś spotkanie z Hindusem na 8. rano, najlepiej w ogóle nie nastawiaj budzika – i tak przyjdziesz przed nim.

8. Idąc ulicą przygotuj sie, że każdy będzie chciał z Toba porozmawiać, jednak na pytanie: „How are you?”, dostaniesz odpowiedź: „I’m Razif”.

9. Gdy podczas targowania usłyszysz: „not posibyl maj frend, yts indian prajs”, oznacza to, że cena zbliża się do pułapu 200% akceptowalnej.

10. Przetrwałeś w Indiach – przetrwasz wszędzie ;)

*Odmawianie uznają za niegrzeczne, wystawienie kogoś do wiatru – nie.

Na koniec dodam, że najprawdodpodobniej powstanie druga kolejna część “Indii w krzywym zwierciadle”, jednak w nieco odmiennej formie. Materiały są w trakcie gromadzenia ;)



Man’s greatest errection for a woman.

31 08 2009
image004
Powtarzając za wikipedią:

„Agra, miasto w Indiach w stanie Uttar Pradesh nad Jamuną. Liczba mieszkańców: 1,5 mln (2006). W mieście rozwinięty jest przemysł obuwniczy i włókienniczy oraz rzemiosło. Ośrodek turystyczny. Agra jest ważnym węzłem komunikacyjnym, znajduje się tam również uniwersytet.”
Bla bla bla… monotonia, szarość, nuda… i rzeczywiście tak jest, a raczej tak by było, gdyby nie …
Taj Mahal – jedna z najpiękniejszych budowli w Indiach i zapewne również na świecie (choć zbyt dużo zostało mi do zobaczenia żeby wypowiadać się na ten temat ;) ).

Wzniesiona przez Szahdżahana na pamiątkę ukochanej żony Mumtaz Mahal, sam nie wiem, co takiego sprawia, że zachwyca tak bardzo – to, że zmienia kolory w ciągu dnia? Idealne proporcje kopuły w stosunku do pozostałych części grobowca? Ogród perski imitujący muzułmańskie wyobrażenie raju? A może po prostu połączenie tych elementów?

Hmm… ale to przecież… nie ważne ;)

Ważne, że (w końcu – choć tak naprawdę było to w poprzedni weekend ) udało mi się dotrzeć do Agry wraz ze skromną, 5-cio osobową grupą (większość osób odwiedza Taj Mahal już na samym początku, więc znalezienie znajomych, którzy jeszcze tam nie byli również nie należało do łatwych ;) ). Na miejsce dojechaliśmy ok. 5. rano… no, może nie do końca „na miejsce”, nabraliśmy się bowiem na jeden z tysięcy hinduskich trików jak wycisnąć kilka dodatkowych rupii z turystów.
Ok. 5km przed końcową stacją autobus zatrzymał się, weszło do niego kilku Hindusów krzycząc, że jesteśmy na miejscu… szczerze mówiąc jeszcze spaliśmy, więc nie podejrzewając niczego po prostu wyszliśmy z pojazdu. Cały proceder miał na celu wyciągnięcie od nas 50 rupii za rikszę do centrum Agry. Niby nic ale czułem się, ekhm, wykiwany :P Co gorsza, po godzinie przeczytałem o podobnych praktykach w moim przewodniku… jeszcze się odegram ;)

Okazało się, że były to złe miłego początki i cały pobyt w Agrze był bardzo przyjemny, po kilku godzinach spędzonych w okolicy świątyni miłości (również na zakupach, podczas których zyskałem miano najlepiej targującego się zagranicznego turysty – choć przyznam się, że po 2 miesiącach w Indiach powinienem stanąć w szranki razem z miejscowymi ;) ) i zrobieniu kilkuset zdjęć, zmuszeni zostaliśmy do powrotu do hotelu, aby podładować aparaty. Następnie udaliśmy się do Agra Fort, który, podobnie jak Taj Mahal, znajduje się na liście światowego dziedzictwa UNESCO, jednak ten nie zrobił na mnie tak wielkiego wrażenia – zwłaszcza po wizycie w Mehrangarh Fort w Jodhpurze, będącym prawdziwą fortecą nie do zdobycia.

W Agrze pozostaliśmy tylko jeden dzień, bo oprócz wspomnianych 2 miejsc nie ma tam wiele do zobaczenia, nazajutrz wybraliśmy się do Fatehpur Sikri (albo raczej Fatehpur i Sikri, bo choć położone blisko siebie, są to oddzielne miejscowości) oraz do Keoladeo National Park – prawdziwego raju ornitologów, jednego z najsłynniejszych rezerwatów ptaków na świecie. Oprócz niesamowitej ilości ptaków spotkaliśmy tam również sporo małp, jaszczurek (jaszczurów), żółwi, antylop oraz… jedną dziką świnię, która bardzo chciała wpaść w moje ramiona, jednak w ostatniej chwili zmieniła zdanie – na szczęście ;)



Podróży po Indiach ciąg dalszy…

20 08 2009

Mimo szczerych chęci, ostatnio nie nadążałem z opisywaniem na bieżąco każdej podróży, więc dzisiaj przyszła pora na wpis „zbiorowy”.

Dawno, dawno temu, w czasie pełni księżyca w miesiącu Śravan (w tym roku 5. Sierpnia, święta w Indiach zazwyczaj nie mają stałego terminu) obchodzono Raksha Bandhan – święto braci i sióstr. Siostry zawiązują braciom kolorowe opaski na nadgarstki, ci natomiast rewanżują się im ofiarując drobne podarunki i zobowiązując się o nie troszczyć.

W Polsce mamy dzień dziecka, babci, ojca, matki i wiele innych, jednak żadne święto nie odnosi się bezpośrednio do relacji pomiędzy rodzeństwem, dlaczego?

Piszę jednak o tym nie tylko z powodu, że bardzo podoba mi się idea tego dnia, ale również dlatego, że z okazji dnia wolnego od pracy, w końcu udało mi się zrobić pierwszą, dłuższą wycieczkę po Jaipurze. Tak, jestem tu prawie półtora miesiąca, zwiedzałem miasta odległe o setki kilometrów, a nawet nie miałem okazji zobaczyć najważniejszych miejsc w okolicy ;)

Poniżej (oraz w galerii), zdjęcia z wizyty w Jantar Mantar – obserwatorium, w którym wszystkie przyrządy wykonane są z kamienia, Hawa Mahal – pałacu wiatrów oraz Galcie – świątyni zamieszkiwanej przez małpy, które zrobią wszystko żeby tylko dostać się do smakołyków, które dla nich przyniosłeś (ten ostatni warunek zwykle nie jest przez nie wymagany : ) ).

Druga seria zdjęć pochodzi z Udaipuru zwanego Wenecją wschodu oraz świątyni w Ranakpurze:

Na koniec, najświeższe fotografie, z ostatniego weekendu, z wizyty w najświętszym mieście Hindusów – Varanasi, rejsu łodzią o 5. rano po „radioaktywnym” (aczkolwiek bardzo chętnie wybieranym przez miejscową ludność jako miejsce kąpieli) Gangesie, i Puja – wieczornego rytuału Hindusów.
Niestety, z powodu zakazu robienia zdjęć, brakuje takowych z najbardziej szokującego miejsca – Manikarnika Ghat i ceremonii kremacji ludzi nad brzegiem rzeki.
Umieszczam jednak link do zdjęć miejsca, w którym się ona odbywa: klik.



O praktyce w Systweak’u słów kilka

17 08 2009


Praktycznie wszystko co do tej pory pisałem dotyczyło wyjazdów i moich wrażeń na temat Indii. Sporo osób chciało się jednak dowiedzieć więcej na temat mojej pracy w Systweak’u, albowiem z moich relacji wynika, że polega ona na podróżowaniu ;) Nic bardziej mylnego, większość czasu spędzam bowiem w biurze pracując nad naprawdę ciekawymi projektami, z których czerpię sporo radości i satysfakcji.

Ale może zacznę od początku: Pierwsze 2 dni spędziłem konfigurując moje stanowisko pracy, razem z Saurabh’em – jednym z administratorów sieci – problemów było naprawdę sporo i w momencie, gdy już prawie wszystko było gotowe, zmuszeni zostaliśmy do ponownej reinstalacji systemu ;/.
Zaraz po tym przydzielony zostałem do zespołu tworzącego IdSecure, co mnie bardzo ucieszyło, chciałem w końcu wynieść z praktyki jak najwięcej, a był to znak, że nie będę siedział bezczynnie przez następne 3 miesiące. Na chwilę obecną aplikacja ta jest już ukończona i gotowa do dystrybucji, wyszukuje ona na dysku poufne informacje i pozwala użytkownikowi zarządzać nimi – bezpiecznie je usuwając lub zaszyfrowując.

Moje zadania polegały na oprogramowaniu interfejsu użytkownika oraz implementacji funkcji odpowiadających za wyszukiwanie informacji, które nie powinny zostać ujawnione, w arkuszach Excel’a. Po zakończeniu aplikacji przyszła pora na testowanie. Podczas pracy nad IdSecure dowiedziałem się również w jaki sposób można zobaczyć wszystkie hasła zapamiętane (i „zaszyfrowane”) w IE lub FF (jedna z funkcjonalności aplikacji to deszyfrowanie i ponowne, tym razem bezpieczne, zaszyfrowanie haseł). Reasumując – nie polecam zapisywania haseł w przeglądarce.

Następnie zająłem się modyfikacją kilku już istniejących aplikacji, głównie w celu zwiększenia efektywności działania, np. wczytywania dużych plików, które z reguły zawieszały system. Nuda ale na szczęście szybko poszło ;)

Przez pewien okres czasu pisałem również web aplikację wspomagającą zarządzanie bazą danych szkodliwego oprogramowania dla Advanced System Protectora (ASP) . Podobnej tematyki dotyczył również mój pierwszy, w pełni samodzielny projekt, w którym musiałem napisać aplikację (In-house) skanującą zainfekowane pliki i generującą raporty, w oparciu o które tworzona jest baza danych dla ASP . Kilkanaście gigabajtów malware na dysku sprawiło, że przed kliknięciem czegokolwiek musiałem się poważnie zastanowić, a wszystkie testy były przeprowadzane na wirtualnej maszynie, poprzez remote debugging (konfiguracja tego „potworka” to koszmar). Był to mój najdłuższy, stwarzający najwięcej problemów ale też najciekawszy i najbardziej pouczający jak dotąd projekt. Został już przetestowany, zaakceptowany i już wkrótce baza ASP codziennie będzie uaktualniana na podstawie danych uzyskanych z mojej aplikacji, mała rzecz a cieszy :D

Obecnie natomiast pracuję nad projektem, do którego niezbędne jest użycie AutoIt – języka pozwalającego na automatyzację GUI, o strukturze nieco zbliżonej do javascript, naprawdę bardzo użyteczny i żałuję, że wcześniej nie wiedziałem o jego istnieniu. Szczerze mówiąc i tak zdecydowaną większość kodu piszemy w C#, za sprawą biblioteki AutoItX, z której korzysta się w bardzo przyjemny sposób (praktycznie nie trzeba samodzielnie “PInvoke’ować” funkcji, ponieważ w Internecie można znaleźć AutoIt C# Helper Library, w której większość funkcji jest już gotowa do użycia i zazwyczaj musimy „dopisać” jedynie kilka dodatkowych).

Jeśli chodzi o środowisko pracy, to Hindusi są naprawdę przyjaźni i chętni do pomocy. Lunch jemy w firmie, więc mam okazję spróbować ich „domowych” obiadów, choć zazwyczaj zamawiam coś w pobliskiej restauracji. Moim „opiekunem”, który nadzoruje pracę, przydziela zadania i, oczywiście, służy pomocą jeśli czegoś nie wiem, jest Abhinav – główny programista Systweak’a, naprawdę cieszę się, że trafiłem na niego, bo od pierwszego dnia widać było, że zna się na tym co robi, a dodatkowo, zawsze chętnie wysłucha moich pomysłów. Czyżby, człowiek bez wad? Niestety, Abhinav ma indyjskie poczucie czasu, więc na sprawdzenie projektu czekam czasem kilka godzin, zazwyczaj informuję go o zbliżaniu się ku końcowi odpowiednio wcześniej, aby miał czas na oswojenie się z myślą o konieczności wstania i przejścia do mojego stanowiska ;)

Podsumowując, z praktyki jestem bardzo zadowolony, staram się wynieść z niej jak najwięcej (nie chodzi mi o komputery :P ) i, szczerze mówiąc, z weekendowych wycieczek wracam do Jaipuru z taką samą radością z jaką opuszczam go krótko po wyjściu z pracy w piątek :)



If you don’t have a dream, get one!

11 08 2009
image008

Minął już ponad miesiąc od finałów Imagine Cup w Kairze, emocje opadły, a wszyscy studenci wrócili do swoich codziennych (i niecodziennych) zajęć. Zostały natomiast wspomnienia, nowe znajomości, doświadczenia i tak jak obiecałem, zamieszczam (bardzo wybiórczą) relację z jednego z najwspanialszych tygodni w moim życiu : )

W Kairze znaleźliśmy się w środku nocy, po kilkugodzinnej podróży z przesiadką w Pradze. Egipcjanie przetrzymali nas na lotnisku kilka godzin, jednak myśl o widoku piramid sprawiała, że uśmiech nie znikał z naszych twarzy ;)
W końcu udało nam się dotrzeć do hotelu i to był jeden z momentów, kiedy stwierdziłem, że było warto – choć nigdy nie twierdziłem inaczej : )

image010
image011
image050

Właściwie to na tym mógłbym zakończyć relację, bo miejsce, w którym spędziłem najwięcej czasu zostało pokazane ;) Przejdę jednak dalej, albowiem najciekawsze dopiero przed nami ; )

Z godziny na godzinę przybywało coraz więcej uczestników, a sala, w której miało odbyć się pierwsze spotkanie organizacyjne, powoli się zapełniała.

image014
image024

Drugiego dnia udaliśmy się na krótką wycieczkę po Egipcie i była to świetna okazja do zapoznania się z innymi uczestnikami, choć moich pierwszych „rywali” – Brazylijczyków – spotkałem dopiero po kilku godzinach, w windzie.
image015
image016
image017
image018
image021

Wieczorem odbyła się uroczysta ceremonia otwarcia, poprzedzona pochodem wszystkich zawodników, z ponad 100 krajów, zupełnie jak na olimpiadzie.
Poniżej miejsce zbiórki naszej reprezentacji – przy “pe”.
image019

W jej trakcie na scenie pojawił się Joe Wilson (swego rodzaju guru Imagine Cup) witając nas słowami “If you don’t have a dream, get one! Without dream to success, you will never success”. Zdanie to wywarło na wszystkich duże wrażenie, co objawiło się żywiołową reakcją uczestników, a w kilkuset letniej cytadeli zapanowała naprawdę niepowtarzalna atmosfera.
image009
image020

Tego samego dnia odbyły się spotkania uczestników każdej kategorii, na której dowiedzieliśmy się na czym polegać będzie nasz udział w finałach.
image001

Z „wielką” radością przyjąłem wiadomość, że za kilkanaście godzin będę przedstawiać półgodzinną prezentację, o czym wcześniej nikt z nas nie miał pojęcia; )

Tamtej nocy naprawdę poczułem klimat Imagine Cup, do 4. rano siedząc w hotelowym pokoju i dziesiątki razy poprawiając poszczególne części mojego wystąpienia. Nawiasem mówiąc, w pokoju obok to samo robili Jarek i Kuba z Embedded Development : )

Na szczęście prezentacja odbyła się po mojej myśli, również część, w której musiałem odpowiadać na pytania, czyli ta najbardziej stresująca. W dość dobrym humorze, choć w dalszym ciągu niepewny, poszedłem odpocząć w miejsce znane wam z jednego z wcześniejszych zdjęć ; )

W między czasie swoje prezentacje odbywały pozostałe polskie drużyny, projektom z Software Development oraz Embedded Development można było przyjrzeć się na tzw. sesji plakatowej.

image022
image023

… i zrobić sobie pamiątkowe zdjęcia
image041
image040

6. lipca przyszła kolej na wycieczkę pod piramidy..
image029
image034
image035

Natomiast kulminacja całej imprezy odbyła się dnia następnego. Ponownie zawieziono nas na pustynię, jednak to, co zobaczyliśmy, zdecydowanie różniło się od tego, co widzieliśmy dzień wcześniej. Platforma na prawie 1000 osób została rozstawiona na piaskach pustyni.
Widok sceny, a za nią wzniesionych 4,5 tysiąca lat temu piramid zapierał dech w piersi.
image007
image042
image044
image003
image004

Niewątpliwie był to udany dzień dla polskiej reprezentacji. Najpierw na podium stanęła drużyna FTeams zdobywając 2. miejsce w nagrodzie specjalnej za interoperacyjność.
image047

Następnymi, którzy znaleźli się w gronie zwycięzców był zespół kAMUflage – 1. Miejsce w nagrodzie pierwszej damy Egiptu.
image005

W końcu przyszła kolej na ogłoszenie zwycięzców w kategorii MashUp, nastała chwila niepewności, która zdawała się nie mieć końca. Na szczęście miała, a zaraz po niej mogłem wybiec na scenę i cieszyć się z drugiego miejsca eq aequo z drużyną z Singapuru :D
image002
image006
image049

Wejście na scenę i uniesienie polskiej flagi to niesamowite uczucie, jedno z najbardziej ekscytujących wydarzeń jakie dotąd przeżyłem :)

Imagine Cup był dla mnie okazją do oderwania się od codziennych, uczelnianych projektów, do zrobienia czegoś, co przyczyni się do zmiany na lepsze. Był okazją do pogłębienia wiedzy, nauczenia się nowych technologii i zdobycia cennego doświadczenia. Był niezapomnianą przygodą, szansą na poznanie niesamowitych ludzi z całego świata, ludzi z pasją, z którymi kontakt nie urwał się po wyjeździe z Kairu. Był również świetną zabawą, zabawą poprzez to, co lubię robić najbardziej.

Na pewno nie poprzestanę na drugim miejscu i będę dalej brnął do przodu, bo wierzę, że nie jest to ostatni finał Imagine Cup, w którym miałem okazję uczestniczyć : )
Jednocześnie zachęcam wszystkich do startu w tych zawodach, bo niezależnie od wyniku, wszyscy zwyciężamy.

Zapraszam do obejrzenia pozostałych zdjęć w galerii
K.



Weekend w Jodhpurze

3 08 2009
Jest 5. rano, przysadzisty Hindus budzi nas i wyraźnie próbuje coś powiedzieć, a raczej wykrzyczeć. Tylko dlaczego w Hindi? Nie do końca wiedząc co się dzieje, wychodzimy z autobusu, jak się okazało, już w Jodhpurze – zwanym niebieskim miastem, nikt nie ma pojęcia dlaczego ; )
p1060121

W zeszłym tygodniu pisałem o forcie w Jaisalmerze, niezbędne jest tu sprostowanie – to było coś w rodzaju budki strażniczej. Spójrzcie na Mehrangarh Fort i zgadnijcie, czy ktokolwiek kiedykolwiek go zdobył ;)
p1060246
p1060227
Nikt, prócz nich:
p1060125
I tych tutaj:P
dsc_0851

W dodatku, jak przystało na prawdziwy fort, nadal jest niezamieszkały, a żeby dostać się do jego „serca” trzeba przejść przez 7 bram. Przy jednej z nich można poczuć się jak prawdziwy ninja, nadziewając się na stalowe kolce – polecam te z prawej strony, są bardziej zardzewiałe ; )

W stylu ninja czy też nie, do fortu warto zajrzeć:

p1060141
p1060145
p1060149
p1060152

Jodhpur lubię o tyle, że jadłem tam pierwszy mięsny obiad od naprawdę dawna;) Wyjrzyjcie teraz przez okno. Widzicie jakiś sklep? Jest tam kurczak? Jeżeli odpowiedzi na te pytania brzmią „tak” – jesteście w raju, doceńcie to i nie wyjeżdżajcie do Indii ; )

W restauracji mozna bylo zamowic rowniez… wypranie skarpetek :)

p1060202

Po zjedzeniu kurczaka (tak, muszę to podkreślić :]) pojechaliśmy w okolicę Clock Tower na najlepsze Lassi w mieście,

dsc_0965
p1060212

a następnie nad polecone nam przez właścicielkę hotelu, Kaylana Lake, gdzie kilku Hindusów próbowało nakłonić nas do wzięcia kąpieli. Woda była, ekhm.. raczej brudna, jednak w związku z obecnością jednego z bogów w jeziorze (Shivy?), Hindusi bez przeszkód ją piją ; )
p1060217
p1060222



One night in desert :)

28 07 2009
dsc_0236
Jaisalmer – złote miasto Indii położone w pobliżu pustyni Thar, którego panoramę można oglądać ze szczytu olbrzymiej fortecy górującej nad miastem.

Podróż tam zajęła nam aż 12h, więc pierwszym miejscem, które odwiedziliśmy była jedna z bardzo popularnych “top roof restaurant” – jak sama nazwa wskazuje posiłki spożywa się tam na dachu, co pozwala przyjrzeć się na spokojnie miastu.

Zaraz po tym pojechaliśmy jeepami na pustynie, gdzie czekały na nas wielbłądy. Pustynia Thar jest zdecydowanie bardziej.. pustynna niż ta w pobliżu Pushkaru, jednak z powodu pory deszczowej i tak tylko nieliczne miejsca zupełnie pozbawione są roślinności.

Będąc tam zdecydowanie warto wyzbyć się jakichkolwiek lęków i uprzedzeń odnośnie różnego rodzaju robactwa (a jest naprawdę różnego rodzaju :P ) i przespać się pod gołym niebem, bo taką ilość gwiazd jesteśmy w stanie zobaczyć w niewielu miejscach na naszej planecie.

Po nocy w piaskach pustyni wróciliśmy do Jaisalmeru, aby zwiedzić wspomniany wcześniej fort, w którego wnętrzu mieszka około 2 tysiące ludzi i każdy z nich chce nam coś sprzedać ;)

Oprócz tego naprawdę warte zobaczenia są świątynie dźinijskie oraz haveli – bogato zdobione domostwa wznoszone przez zamożnych kupców. Najbardziej popularne to Salim Singh-ki-Haveli, Nathmal-ki-Haveli, Patwon-ki-Haveli, jednakże największy podziw wzbudza ostatnia. Pozostałe warto odwiedzić, aby przekonać się, że Patwon-ki-Haveli jest piękniejsza : )



Pushkar i Ajmer

23 07 2009
Pora na relację z naszego pierwszego weekendowego wyjazdu – po zapracowanym i całkiem owocnym tygodniu praktyk, przyszła pora na odpoczynek, wybraliśmy się do Pushkaru i Ajmeru, dwóch miast oddalonych o ok. 100-150km od Jaipuru.
Skład wycieczki:

Tina
image014
Richard
image003

Tui i Tan
image001

Ivy (2. z lewej)
image057

Jenny
image018

no i ja – ze słonecznikiem (?) Tiny ;)
image068

Wyjazd planowany był na godzinę 8., oczywiście nie usłyszałem alarmu i obudziło mnie dopiero pukanie do drzwi ok. 7:55. Śniadanie typu nie mam pojęcia co to ale dobrze wygląda zjadłem w jakiejś budce przy ulicy. Pojechaliśmy na dworzec, wsiedliśmy do… ekhm, sami zobaczcie :p

image002

I po 2,5h podróży dotarliśmy do Pushkaru – świętego miasta Hindusów, zakaz spożywania alkoholu, mięsa, a nawet jajek.

Jako, że w Indiach byliśmy już ponad tydzień, nabyliśmy odpowiedniego skilla w targowaniu się i za 2-osobowy pokój z łazienką zapłaciliśmy 100 rupii – ok. 7,5zł ;) . Był nawet basen, ale nie zdecydowaliśmy się z niego skorzystać.

Najważniejszym miejscem w mieście są ghaty, ponad kilometrowy bazar i jezioro, w którym w lipcu praktycznie nie ma wody.

image007 [singlepic id=42 w=200 float=left] image009

Na turystów czeka pokaźna gromada „kapłanów”, którzy sprawią, że nasze życie stanie się lepsze, pobłogosławią rodzinę, znajomych, znajomych znajomych i kogo tylko będziemy chcieli. Oczywiście wszystko połączone z tradycyjnym rytuałem wrzucania kwiatów do jeziora :P Kolejny sposób na wyciągnięcie kasy z turystów, ale warto skorzystać, bo inaczej nici ze zwiedzania Pushkaru – bez „paszportu” (bawełnianej nitki owiniętej wokół nadgarstka) stale będziemy mieć na ogonie kilku Hindusów.
image010 [singlepic id=45 w=200]


Ogólnie Pushkar to całkiem przyjemne miejsce (choć podobno w październiku odbywają się tam największe na świecie targi wielbłądów i atmosfera jest nico inna), warto tam zajrzeć. Zwłaszcza do świątyni Savitri, z której zobaczymy znakomity widok na okolicę.
image016

image034



Widzicie tą radość w oczach? ^^

image035 [singlepic id=72 w=200 float=left] image039 [singlepic id=74 w=200 float=left] image042
image049 [singlepic id=54 w=200 float=left]
image021
image052
image055
image045
image013

A poniżej Bhirma temple (najważniejsza, choć nie najpiękniejsza:) )
image047
No i jeszcze jedna, jednak wstęp do niej mieli tylko Hindusi :(
image050

W niedzielę pojechaliśmy do Ajmeru, wyjątkowego miasta w Radżastanie, bowiem większość mieszkańców to muzułmanie.


image058
image060
image063
image064

W międzyczasie przyjechali kolejni znajomi z Jaipuru, w dodatku 2. Hindusów – dobra rada na przyszłość: gdziekolwiek byście się nie wybierali w Indiach, zawsze bierzcie ze sobą Hindusa, przydaje się w każdych okolicznościach :D No a tak na serio to są całkiem w porządku :P
image051

Ajmer nie jest już tak przytulny jak Pushkar, jednak ma jedno naprawdę fajne miejsce: Ana Sagar Lake – zostaliśmy tam nieco dłużej niż planowaliśmy, bo miejscowa ludność bardzo upodobała sobie zdjęcia z turystami, więc ciężko się stamtąd wydostać ; )

image065
image066
image069


Tak czy siak jakoś daliśmy radę i w nocy wróciliśmy do Jaipuru : )



Pierwsze dni w Indiach

22 07 2009

Wstęp

Od ponad tygodnia jestem już w Indiach i planowałem umieścić pierwszy wpis zaraz po przyjeździe, jednak dzieje się tu tak dużo, że po prostu nie miałem kiedy zabrać się za pisanie;)

Gwoli ścisłości, przyjechałem tutaj na praktyki w firmie Systweak – zatrudnia około 50 osób, ma siedzibę w Jaipurze, a jej sztandarowe produkty to Advanced System Protector – jedna z lepszych na rynku aplikacji do wykrywania i usuwania szkodliwego oprogramowania oraz Advanced System Optimizer – aplikacja poprawiająca wydajność działania systemu.
Zamierzam zostać tutaj blisko 3 miesiące, zwiedzając głównie weekendami oraz po zakończeniu praktyk – przez ostatnie 2-3 tygodnie pobytu.
Tyle wstępu, przejdę teraz do pierwszej części relacji z mojego pobytu w tym fascynującym kraju :) .

Podróż do Jaipuru

Do Delhi zawitałem zgodnie z planem, o 23:55, 11. lipca, po kilku godzinach lotu tak słynnym ostatnio Airbusem : ) Mimo później pory, było zdecydowanie zbyt gorąco jak dla przeciętnego Polaka. Po odbioru Bagażu i wcale nie takiej krótkiej odprawie, udałem się do poczekalni, ponieważ pierwsze autobusy do Jaipuru odjeżdżały ok. 6:00. Spędziłem więc kilka nudnych godzin obserwując ludzi, będąc obserwowanym:

image001

I z “wielką” pasją śledząc godziny odlotów i przylotów.
image002

Około 5:30 udałem się do budek oznaczonych napisem prepaid taxi, aby z góry opłacić podróż na dworzec autobusowy. Jest to zalecana metoda, znacznie zmniejszająca ryzyko oszustwa.
Zapewne rzeczywiście znacznie je zmniejszyła, jednak mimo wszystko próbowano mnie oszukać ;)

Na początku poinformowali mnie, że nie mogę zakupić biletów na stacji, z powodu zamachów terrorystycznych, zawieziono mnie do biura turystycznego, gdzie po kilku telefonach na „stację” okazało się, że mogę jechać najwcześniej 17. lipca, bo z powodu festiwalu Shivy, wszystkie miejsca są zajęte. Co gorsza, w Delhi rzeczywiście był jakiś festiwal i jadąc taksówką co chwilę mijaliśmy zmierzających gdzieś, kolorowo ubranych ludzi. Sprawdzili jeszcze pociągi, również wszystko zajęte aż w końcu w bardzo magiczny sposób pojawiła się jeszcze jedna opcja – minibus za 150 euro. Wszystko stało się jasne i powiedziałem żeby zawieźli mnie na stację i po prostu tam wysadzili. Próbowali jeszcze paru tanich trików, ale po prostu nie należało ich słuchać. Oczywiście miejsca w busie były i pojechałem do Jaipuru za 240 rupii – ok. 18zł, zamiast wspomnianych 150E ;)

Podróż autobusem, to obowiązkowy punkt pobytu w Indiach, nie było minuty, aby kierowca kogoś nie obtrąbił, zazwyczaj zupełnie bez powodu, choć większość ciężarówek miało namalowane serduszka, kwiatki i wielki napis horn please ;) Widok jadącej na 3 pasmowej autostradzie rikszy – pod prąd – po kilkudziesięciu kilometrach przestał mnie dziwić, jak również ludzie przebiegający przez nią i w iście olimpijskim stylu przeskakujący ogrodzenie oddzielające poszczególne szosy – choć fakt faktem – przy okazji prawie się na nie nadziewając :p Tu nie ma żadnych zasad :)

Jaipur

W Jaipurze czekał na mnie Jaideep, aby zaprowadzić mnie do hotelu. Okazało się, że są tam również inni praktykanci, głównie wolontariusze – aktualnie ok. 35, w tym 2 Polki i codziennie ktoś przybywa, więc nie wieje nudą :)
Od razu udaliśmy się na wycieczkę rikszą, a raczej 5cioma rikszami, aby rozejrzeć się po okolicy. Po krótkim ustaleniu trasy i negocjacji ceny

image005

wyruszyliśmy.
image006

Poniżej kilka zdjęć z naszej “objazdówki” i nie tylko:

Na 2 ostatnich zdjęciach moje obecne miejsce pracy :)